Teoria Wszystkiego (The Zero Theorem)

Terry Gilliam w swoim najnowszym filmie otwiera przed nami wrota do przyszłości. Przyszłości surrealistycznej, widzianej w krzywym zwierciadle, gdzie szare chodniki zaatakowała feeria barw i dźwięków, a ludzi pochłonęła dziwaczna moda rodem z berlińskiej parady miłości. Nowa era to jednak nie tylko kolorowa wydmuszka, bowiem za główny cel stawia sobie znalezienie odpowiedzi na pytanie o sens wszystkiego. Ciężar ten spada na ramiona bardzo zdeterminowanego hakera Qohena.

Chociaż film zebrał wiele nieprzychylnych opinii, głównie za dziurawą fabułę, to klimat  futurystycznego retro (obejrzycie to zrozumiecie) pochłonął mnie całkowicie.  Film od samego początku stawia wiele pytań, na które oczekujemy odpowiedzi, ale odpowiedź to w „Teorii Wszystkiego” luksus, którym nie jest dane się raczyć się nawet bohaterom. Twórcy zdecydowali skupić się na samym procesie poszukiwania i przedstawić go na kuriozalnym tle futurystycznego świata. W końcu przyglądamy się życiu geniusza matematycznego (w świecie przyszłości jest przeciętniakiem), który na zlecenie korporacji szuka sensu istnienia w towarzystwie Chrystusa spoglądającego ze ścian świątyni. Dodajmy do tego stałą opiekę e-psychologa, orwellowskie podglądactwo oraz bohaterów o dwuznacznej lojalności i mamy groteskową antyutopię z popadającym w paranoję głównym bohaterem.

Centralną postacią filmu jest mieszkający w opuszczonym kościele informatyk, który dostaje niecodzienne zlecenie od swojego pracodawcy – musi odnaleźć sens życia zapisany w skomplikowanym matematycznym zadaniu. Qohen (Christoph Waltz), bo o nim mowa, żyje w świecie gdzie tryumfy święci filozofia, a sens jest towarem, który można kupić. Porywając się na odnalezienie istoty rzeczy zostaje uwikłany w paradoksalną walkę nihilizmu z wiarą w kosmiczny porządek. Zabrzmiało to górnolotnie, ale twórcy zadbali o zachowanie równowagi i uczynili Qohena korporacyjnym trybikiem, który nie cierpi towarzystwa innych ludzi i z niewiadomych powodów mówi o sobie w liczbie mnogiej („my”).

Uwielbiam kiedy w filmie pojawiają się jakieś smaczki, swoiste puszczanie oka do widza. Tak też wydarzyło się w „Teorii Wszystkiego”. Są to między innymi po mistrzowsku wykreowani bohaterowie – groteskowa Dr Shrink-Rom (Tilda Swinton), zblazowany nastoletni geniusz Bob (Lucas Hedges) czy Zarządca… po prostu Zarządca (Matt Damon). Moim faworytem jest jednak Jezus z kamerą zamiast głowy oraz pizza, która stała się dla mnie symbolem przemiany głównego bohatera (pewne rzeczy nigdy się nie zmienią).

Ponoć „Teoria Wszystkiego” na tle innych filmów Gilliama wypada blado – taka opinia przeważa w recenzjach. Ja na szczęście nie wiem jak wypada na tle pozostałych filmów reżysera, bo mi się podobało. Uważam natomiast, że na tle innych filmów (ogólnie) jakie mogliśmy ostatnio oglądać, film Gilliama wyróżnia się pomysłowością, szczególnie w wizji świata przedstawionego. Widzom przyzwyczajonym do filmów akcji gdzie punkt A prowadzi do B, a ten do C i na końcu wiemy, że dostaniemy Z – nie polecam. Tu rządzi surrealizm i za to 7/10.


Reklamy