Historia jednej piosenki

Następny post muzyczny z rzędu. Oto najlepszy przykład na to, że blog to żywy organizm, którego nie mogę okiełznać. Nie długo jedynym literackim akcentem (tak blog miał być literacki (sic!)) będą moje rozważania o tym jaką blogasek przechodzi ewolucję i jak mało tu Yoko i jej. Cóż kocie po raz kolejny jesteśmy mniej interesujące niż sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie. A Kanye West, Dave Tozer i John Legend wiedzą jak te struktury zorganizować żeby robiło nam (mnie i kotu) dobrze.

Musiały minąć dwa lata żeby „Made to Love” przemówiło do mnie. Wydany w 2013 roku utwór wykonywany przez Johna Legenda jest mieszanką muzyki elektronicznej, neo soulowej, a nawet rockowej. Na taki mix dźwięków porwał się duet Da Internz, który odpowiada za produkcję kawałka, a przede wszystkim za jego niepokojąco brzmiące tło. Otóż kiedy panowie nagrywali dla Kimbry jej utwory, piosenkarka poprosiła o zarejestrowanie melodii, która kołacze jej się w głowie. Kimbra miała nadzieję, że przerobi to kiedyś na piosenkę, ale Da Internz połknęli te dźwięki na surowo. I tak oto charakterystyczne zawodzące chórki, które nadają piosence niepowtarzalnego charakteru to głos Kimbry. Jak widzicie w tym przypadku powiedzieć: „Made to Love” Johna Legenda było by niezwykle krzywdzące dla wkładu pozostałych osób (także wielu niewymienionych w poście) maczających w utworze swoje cholernie utalentowane paluchy.

Idąc za ciosem przesłuchałam całą płytę, na której znajduje się „Made to Love”, ale pozostałe kawałki to typowe balladowe r’n’b, które nie przypadło mi do gustu.

Poniżej teledysk, rokoszujcie się 🙂


Reklamy

Muzyczny listopad

Chociaż o listopadzie już dawno nie pamiętamy, oto w środku grudnia nadchodzi muzyczne podsumowanie listopada – niewczas jak na niepiszącego pisarza przystało.

Największym zaskoczeniem okazał się zespól Lolawolf. Zupełnie przypadkiem odkryłam, że córka Lennego Kravitza – Zoë, śpiewa w zespole o tejże wdzięcznej nazwie i robi to bardzo dobrze. Razem z dwojgiem przyjaciół zdążyli już nagrać EP inspirowane latami 80., przejść totalną zmianę stylu i wydać najbardziej nieprzewidywalny album 2014 roku „Calm Down”. Krążek został nagrany w duchu hip-hopu i R&B z lat 90., ale z silnie odciśniętym charakterem zespołu. Muzyka tworzona przez Lolawolf jest minimalistyczna, abstrakcyjna i bezpretensjonalna – widać, że zespół nie tworzy pod publikę, o czym świadczy też fakt, że nie związali się z żadną wytwórnią. Nie mają nawet strony na Wikipedii – ależ niemainstreamowo!

Pozostając przy dzieciach sławnych rodziców, kolejną niespodziankę zgotowały utalentowane bestie Willow i Jaden Smith. Chociaż, z całą pewnością, wychowują się w blichtrze, przepychu i opływają w pieniądze, to ich muzyka daleka jest od tej celebryckiej papki. Razem tworzą dojrzałą i nowoczesną muzykę, często o onirycznym charakterze. Willow wykazuje się nadzwyczajną jak na 14-latkę wrażliwością, a Jaden ma oryginalny styl (pozostaje mieć nadzieję, że skupi się na muzyce, a nie będzie brał się za kolejne filmy („1000 lat po Ziemi”)). Niżej kawałek, który ukradł mi kawałek serca „Melancholy”, na podkładzie od Pink Floyd (sic!).

Jesień sprzyja melancholii, ale Theophilus London skutecznie mnie z niej wytrącił swoim energetycznym singlem „Tribe”! Mój ulubiony hipstero-hiphopowy śpiewak wydał w listopadzie drugiego w swojej karierze long pleja „Vibes”, którego promuje taneczny kawałek „Tribe”. W utworze maczał też palce Jesse Boykins III – tekściarz, producent i wykonawca tworzący nowoczesny soul i r’n’b przesiąknięte elektroniką. A teraz słuchać i tańczyć!


Muzyczne podsumowanie miesiąca

Czas na październikowe podsumowanie muzyczne! Październik był dla mnie wyjątkowo szczodry, ponieważ w końcu doczekałam się long pleja od FKA Twigs. Jeśli jeszcze jej nie znacie koniecznie nadróbcie zaległości, ponieważ ta artystka szybko pnie się w górę i za chwile wyląduje w odległej galaktyce. Tam zapewne będzie czuć się jak w domu, bowiem jej styl, muzyka, taniec i cała oprawa wizualna stanowczo nie pochodzą z tej planety. Ja zakochałam się w tej dziwnej dziewczynie od pierwszego usłyszenia i tego życzę także Wam.

Hola, hola! Jeśli nie rozumiecie moich zachwytów zacznijcie od bardziej przystępnego „Two Weeks”.

Trochę mniej dziwny pan, chociaż z dziwnym nazwiskiem, także rozgrzewał jesienną atmosferę – Chet Faker. Jego mięciutki niczym kaczuszka głos wydobywający się z zarośniętej twarzy poznałam przy okazji remiksu „No Diggity”. Podkradziony kawałek nie był jedynym hiphopowym nawiązaniem w twórczości Fakera. Jeśli dobrze się wsłuchacie w niektórych utworach także pojawiają się takie ciągoty. Dobrym przykładem słuchowym i wizualnym jest „Gold” 😉

Pozostając w temacie wrotek jedziemy do następnego wykonawcy zespołu Jungle. Po świetnym „Busy Earnin”, jeszcze lepszym „Time”, przyszedł czas na znakomity „The Heat”. Dwóch Brytyjczyków tworzących ten zespół dobrze wie jak rozbujać publikę, a przy tym pozostać oryginalnym. Polecam Wam nie tylko trzy wymienione wyżej numery, ale całą płytę, której nie da się przestać słuchać. Jakby komplementów było mało trzeba też panów pochwalić za teledyski (tych nie da się przestać oglądać) oraz za wykreowanie spójnego stylu muzycznego, jak i wizualnego.