Szkiełko i oko

Do książki Radka Kotarskiego „Nic bardziej mylnego” podeszłam z dużą rezerwą, ponieważ miałam wątpliwości czy autor zaskoczy czymś takiego miłośnika ciekawostek jak ja. Na szczęście twórca „Polimatów” okazał się być doskonałym śledczym mitów z licencją na ich obalanie. Drżyjcie starożytne piramidy, Napoleonie drżyj w zaświatach również, ponieważ Radek Kotarski nadciąga i ustawia naukę do pionu. Nadszedł koniec mrzonek o bonusowym białku zjadanym w nocy i bezszelestnym strzale z pistoletu.

Kto pomyślałby, że fakty poznawane w szkole, oczywistości powtarzane z pokolenia na pokolenie, a nawet pewniki utrwalone w społecznej świadomości mogą być nieprawdziwe. Historia znajduje się w końcu pod baczną opieką naukowców, którzy chętnie obalą nieprawdziwe informacje, oczyszczą z zarzutów niewinną osobę, oddadzą sprawiedliwość uciśnionym. „Nic bardziej mylnego!” jak powiedziałby Radek Kotarski, strzelając argumentami niczym z kałasznikowa. Autor w swojej publikacji uprawia istną pracę u podstaw obalając mity chętnie powtarzane w szkolnych podręcznikach oraz głęboko zakorzenione w mass mediach. Podpierając się obszerną bibliografią, a także badając przyczyny postania błędnej informacji Kotarski prowadzi wywód na najwyższym merytorycznym poziomie. Jednak nie obawiajcie się, że autor zmienił się w nudnego belfra. Kotarski każdy wątek okrasza zabawnymi porównaniami, a narracja w książce lekko i przyjemnie prowadzi nas od deski do deski.

Napisana paranaukowym i przystępnym językiem książka jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto nie boi się ataku autora na fundamenty swojej wiedzy o świecie oraz dzieciństwo. Tak, Radek Kotarski bezwzględnie traktuje nie tylko dzieje świata, popkulturę, historię polski, świat zwierząt, ale zasadza się także na nasze dzieciństwo! Moje akurat uratował i już dłużej nie będę siebie postrzegać jako morderczynię piskląt.

Reklamy

25 cm do sukcesu

„Fynf und cfancyś” to nowy rozdział „ciotowskiego Dekameronu”, czyli równie kontrowersyjnego „Lubiewa”, ale przeniesiony na arenę międzynarodową. Po nieudanym romansie z kryminałem Witkowski wraca do świata ciot i spełnia marzenie swoich bohaterów z bloku wschodniego o zachodnioeuropejskim raju. Jednak z marzeniami jest tak, że trzeba uważać, czego sobie życzymy, bo nie wiadomo jak i kiedy owe marzenia się spełnią.

Dla Polaka o ponad przeciętnej długości przyrodzenia (fynf und cfancyś!) nie było rzeczy niemożliwych. Żyjący na emigracji już dobre parę lat poznał wszystkie tajniki wiedeńskiego kurestwa, bryluje na ciotowskich salonach, jest najjaśniejszą gwiazdą tego półświatka i ma „most fejmest kok in Wiena, ja ja”. Wszystkich zna, wszystko wie, po niemiecku mówi, chociaż nie umie, a ewentualne luki uzupełni bajdurzeniem. Jednym słowem jest to wielki powrót Michaśki – narratora nadającego jak radio 24/7 i to z reklamami. I jak to w radiu bywa Michaśka często opisuje świat z przesadą, wyolbrzymieniem, czasami okłamie czytelnika i czasami nawet się do tego przyzna. W obrzydliwie bogatym Wiedniu towarzyszy jej Dianka – 16-letni chłopiec z Bratysławy, przeciwieństwo obrotnego Polaka. O ile Fynf und cfancyś sięga blichtru i przepychu Zachodu, o tyle Dianka poznaje drugą stronę medalu – biedę, jakiej nie widziała nawet w ubogiej Bratysławie. Fanka pucharów lodowych i jajek niespodzianek doświadcza luksów Zachodu jedynie przez szyby sklepowych witryn lub spryskując się perfumami Dior Fahrenheit w łazienkach klientów. Bliższe jest jej życie widziane z poziomu chodnika, żałoba pod paznokciami, burdele czy cały park zamieniony w melinę narkomanów.

Najciekawszym wątkiem powieści nie będą jednak przygody zawodowe Michaśki i Dianki, ale wizja świata przedstawionego. Witowski zbudował w powieści świat na postawie kontrastów i sprzeczności, jakie ewokuje spotkanie Wschodu i Zachodu. Ze zderzenia niemieckiej pracowitości i słowińskiej spontaniczności na tle prostytuujących się chłopców wynika niezwykle precyzyjny i unikatowy obraz lat 90. Obraz biedy zestawionej z bogactwem, młodości ze starością, sukcesu z porażką w rzeczywistości gdzie rządzi pieniądz i jest on najwyższą wartością. Natomiast patrząc na powieść holistycznie jest to bezładna opowieść największej plotkary wśród ciot, bez wyraźnego początku i końca, pełna przesady, ale także kąśliwego humoru oraz empatii. Ciekawa, ale sukcesu „Lubiewa” nie powtórzy. Styl Witkowskiego gra tutaj główną rolę i nie pozostawił on wiele miejsca na chociażby wyrazistych bohaterów, emocje. „Lubiewo” sprawiło, że czytelnik śmiał się, płakał, wpadał w zadumę, a czasem w obrzydzenie, ale z całą pewnością jeszcze długo nosił tą historię w sobie. W przypadku „Fynf und cfancyś” na długo zapamiętam przede wszystkim świnkę-skarbonkę z okładki, która już zawsze będzie kojarzyła się mnie z prostytucją.