Jak żyć bez raka, czyli „Świat na żółto” Alberta Espinosy

Na okładce „Świata na żółto” wydawca informuje czytelników, że ta mała żółta książeczka odmieniła niejedno życie. Porównuje ją też do historii z „Oskara i Pani Róży”. O ile druga teza trafia jak kulą w płot, o tyle pierwsza celuje w samo sedno. „Świat na żółto” nie jest opowiadaniem o raku, nie jest opowiadaniem w ogóle. Jest to zbiór odkryć, które uratowały autorowi życie, gdy jego choroba odbiegła końca. Tak, to właśnie wtedy, po 10 latach życia z rakiem, kiedy lekarze stwierdzili, że został wyleczony, potrzebował pomocy.

Albert Espinosa – autor „Świata na żółto”, dzieli się z nami swoimi odkryciami, które mogą pomóc każdemu bez wyjątku, nie tylko osobom chorującym na raka. Odnalezienie tych 23 drogowskazów do szczęścia, autor okupił: okresem choroby trwającym od 14 do 24 roku życia, nogą, płucem oraz fragmentem wątroby. Zapłacił za to wiele, chociaż sam zapewne stwierdziłby, że była to uczciwa wymiana. Tym bardziej, że jedno z odkryć (nie zasad, bowiem w tej książce nie znajdziecie nakazów, ani zakazów, ani nawet reguł) mówi, że straty są pozytywne – tak, więc nie stracił nogi, ale zyskał nową, sztuczną nogę, a co za tym idzie nowy styl chodzenia oraz najlepszą imprezę życia: pożegnanie amputowanej nogi.

Największą siłą tej książki jest to, że opowiada o chorobie i życiu po chorobie, bez patosu, dobitnie szczerze, okraszając całość szczególnego rodzaju humorem. Bez owijania w bawełnę Espinosa mówi: „Urodził mnie rak” – w wieku 24 lat, po 10 latach życia z rakiem z całą pewnością nie jest łatwo przyjąć nową rzeczywistość. Albertowi pomogły 23 małe odkrycia zawarte w „Świecie na żółto”, więc być może pomogą i nam?

„Świat na żółto” to nie jest kolejna historia o raku, jakich wiele: Espinosa nie opowiada o bólu, ani o ciężarach, jakie niesie ze sobą choroba. Nie znajdziemy tu opisów przyjmowania chemii, a raczej krótką historię o wymiotowaniu po niej. Nie doszukamy się także historii o słabości i stagnacji, ale o robieniu rzeczy, które się lubi choćby miało to być patrzenie przez dwie godziny na parkujące samochody. Jest to zupełnie inna opowieść, bowiem więcej opowiada o życiowych lekcjach, jakich doświadczył, niż o zmaganiach z chorobą. Film stworzony na podstawie jego doświadczeń „4. piętro” będzie dla czytelników doskonałym uzupełnieniem wizji świata Alberta Espinosy – świata z chorobą w tle, świata gdzie młody człowiek mimo to dojrzewa, mimo guza jest nastolatkiem i w specyficznych warunkach chce zaliczyć wszystkie etapy dorastania, a przede wszystkim odnaleźć w życiu radość.

planta4a_2


 

Reklamy

Singapurskie targowisko próżności, czyli „Bajecznie bogaci Azjaci” Kevina Kwana

Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz intrygi. Oto, co funduje nam Kevin Kwan w książce pod jakże infantylnym tytułem „Bajecznie bogaci Azjaci”. Chociaż zarówno tytuł jak i okładka nie wzbudziły we mnie dużego zainteresowania i w pierwszej ocenie nie pomogły nawet komentarze sław na okładce, to jednak opisana w niej historia okazała się być – zgodnie z obietnicami na okładce – kąśliwie zabawna. Pierwszą rzecz, jaką musicie wiedzieć zanim po nią sięgnięcie jest stopniowanie przymiotnika bogaty zgodnie z zasadami panującymi w Azji: bogaty, obrzydliwie bogaty, bajecznie bogaty. Na szczęście książka ta licząca niecałe 500 stron nie traktuje wyłącznie o pieniądzach, ale o tym jak majątki, których wielkości nie są w stanie wyobrazić sobie sami ich właściciele, kształtują człowieka.

Nicholas Young podjął bardzo pochopną decyzję – postanowił zabrać swoją dziewczynę do rodzinnego Singapuru nie uprzedzając jej o specyficznych warunkach życia jego rodziny. Nick to bajecznie bogaty Azjata, ale także naiwniaczek, który życie rodzinne w Singapurze traktuje z dystansem, sam nieświadomy, że wprowadza Rachel Chu – miłość jego życia, w labirynt pełen krwiopijczych żmij, usłany pułapkami. Rachel nie jest bajecznie bogata, ba! Nie jest nawet Chinką z wysp, ani Chinką urodzona w Ameryce. Według rodziny Nicka ma najgorsze z możliwych pochodzenie – jest biedaczką z kontynentalnych Chin! Nie ma znaczenia jej wykształcanie (doktorat z ekonomii), nie ma znaczenia, że Nick ją kocha, a jej położenie mogłaby poprawić tylko wielka fortuna i to w dodatku krążąca w rodzinie, co najmniej od paru pokoleń. Niestety Rachel nie kupuje połowy kolekcji Chanel przed jej premierą, nie ma prywatnego odrzutowca, biedaczysko nie ma nawet swojej wysepki. A w Singapurze ustawiła się cała kolejka dziewcząt mających to wszystko a nawet więcej, gotowych pokazać Rachel gdzie jest jej miejsce.

Powieść zbudowana została na tym głównym wątku, ale nie ogranicza się jedynie do niego. Dzięki wnikliwemu spojrzeniu autora możemy poznać tradycje, zachowania i styl życia śmietanki najbogatszych Azjatów. A co najciekawsze możemy poznać ich paskudne charaktery od podszewki lub rozczulać się nad miękkimi, choć także naiwnymi sercami tych mniej zepsutych bogaczy. W tej historii na tle pięknych pałaców, apartamentów i zapierających dech w piersiach ogrodów oraz jachtów z wyposażeniem przekraczającym granice wyobraźni zwykłego człowieka, przewija się cały wachlarz barwnych postaci: od irytujących i podłych charakterów, przez wyrafinowanych, wyrachowanych oraz dwulicowych, aż po zwykłych dobrych ludzi, w których bogactwo nie zdążyło jeszcze zaszczepić pieniężnego rasizmu. Oczywiście po przeczytaniu książki łatwo jest bohaterom przypiąć etykiety, ale w pierwszej chwili ani czytelnik ani Rachel Chu nie mogą się połapać, kto jest dobry, a kto zły. Sprawy nie ułatwia także tradycjonalizm chińskich rodzin, bowiem szacunek, gościnność i głębokie pokłony mogą okazać się jedynie pokazówką, a prawdziwe oblicze i skrywane głęboko myśli, kiedy wychodzą na jaw zaskakują nawet osoby żyjące w tym świecie.

Choć powieść kończy się happy endem w typowo hollywoodzkim stylu, to nie można jej odmówić przenikliwego i pociągającego opisu życia śmietanki towarzyskiej Azji, ostrego języka, ani zaskakujących zwrotów akcji. Dzięki książce Kevina Kwana możemy zapoznać się z obyczajami i sprzecznościami życia w Chinach. Pod względem warsztatu nie mam autorowi nic do zarzucenia – tą opasłą książkę czyta się błyskawicznie, a liczne przypisy i mocne osadzenie historii w realiach Singapuru, sprawiają, że czytelnik ma ochotę poznać kulturę życia w tym państwie na własnej skórze. A także przestaje wątpić, że obwieszona złotą biżuterią Azjatka z okładki miałaby na sobie w rzeczywistości ozdoby z platyny.


„Widok z nieba” Clara Sanchez

Patricia ma wszystko, czego dusza może zapragnąć – bogactwo, willę na przedmieściach, przystojnego męża i kochającą rodzinę. Dodatkowo jest modelką, której kariera dopiero, co rozkwitła, więc nie może być nieszczęśliwa. Nie może, prawda? A jednak Patricia nie wierzy sama sobie mówiąc jak wielkie szczęście ją w życiu spotkało. Clara Sanchez zaprasza nas w świat blichtru młodej, odnoszącej sukcesy modelki i pozwala zajrzeć do jej świadomości – książka jest zapisem strumienia myśli głównej bohaterki, która pod wpływem zbiegu nieoczekiwanych wydarzeń rewiduje swoje dotychczasowe życie. Osobą, która ją do tego popchnęła jest ekscentryczna Viviana, spotkana przypadkowo podczas niespokojnego lotu z New Delhi do Madrytu. To właśnie od niej Patricia dowiaduje się, że ktoś pragnie jej śmierci.

Z początku myśl, że ktoś może chcieć jej śmierci wydaje się absurdalna, ponieważ jest kochającą siostrą, córką, która wspiera rodziców, żoną dbającą o karierę męża artysty oraz najjaśniejszą gwiazdą agencji modelek. Zaczyna jednak mieć wątpliwość, że życie jest takim, jakim je dotychczas postrzegała. Od tego momentu razem z główną bohaterką prowadzimy dochodzenie poszukując osoby, która może chcieć jej śmierci; a w świecie pełnym intryg, świecie modelingu okazało się, że mamy cały wachlarz podejrzanych. O ile na początku powieści Patricia rzeczywiście żyje jak w niebie, o tyle na końcu okazuje się, że uwiła sobie gniazdko na przeciwległym końcu, w sąsiedztwie Lucyfera. Zstępując z chmur i spoglądając na swoje życie z innej perspektywy Patricia postanowiła zawalczyć o siebie, za co zapłaciła najwyższą cenę: „zła strona bycia świadomym pewnych rzeczy, jest taka, że bierzesz na siebie odpowiedzialność za swoją wiedzę. To straszne. Lepiej być ignorantem.”

Początkowo miałam wrażenie, że powieść będzie zapisem myśli zepsutej dziewczynki, która swoje błahe problemy rozwiąże z pomocą szamanki o wątpliwej mocy, ale okazało się, że opowieść Patricii z elementami kryminalnej zagadki pochłonęła mnie bez reszty. Nawet Viviana, czyli owa szamanka znalazła się na marginesie mojej akceptacji, głównie za sprawą Patricii, która również podchodzi do niej z rezerwą. Chociaż powieść w pewnym momencie zaczęła iść w przewidywalnym kierunku, to autorka zręcznie odwraca uwagę czytelnika wprowadzając liczne zwroty akcji oraz wątek ciemnej strony biznesu mody. Najbardziej w całej powieści zawiodła mnie kreacja Eliasa – mąż głównej bohaterki jest postacią pozbawioną charakteru, płaską i przewidywalną. Dodatkowo narratorka trzyma go na uboczu głównego wątku, co w gruncie rzeczy dużo mówi o relacjach Patricii ze swoim mężem. Jego pierwsze a jednocześnie ostatnie zdanie niebędące pustą frazą pada dopiero, kiedy główna bohatera zdziera z jego twarzy maskę obłudy, w którą, co przewrotne, sama go ubrała.

Clara Sanchez w swojej najnowszej powieści „Widok z nieba” pokazuje nam jak łatwo a zrazem niebezpiecznie jest żyć w iluzji oraz jak trudno znaleźć prawdziwe szczęście. Jednakże: „Ten, kto się nie trudzi, szukając, nie ma prawa znaleźć.”