Historia jednej piosenki

Następny post muzyczny z rzędu. Oto najlepszy przykład na to, że blog to żywy organizm, którego nie mogę okiełznać. Nie długo jedynym literackim akcentem (tak blog miał być literacki (sic!)) będą moje rozważania o tym jaką blogasek przechodzi ewolucję i jak mało tu Yoko i jej. Cóż kocie po raz kolejny jesteśmy mniej interesujące niż sztuka organizacji struktur dźwiękowych w czasie. A Kanye West, Dave Tozer i John Legend wiedzą jak te struktury zorganizować żeby robiło nam (mnie i kotu) dobrze.

Musiały minąć dwa lata żeby „Made to Love” przemówiło do mnie. Wydany w 2013 roku utwór wykonywany przez Johna Legenda jest mieszanką muzyki elektronicznej, neo soulowej, a nawet rockowej. Na taki mix dźwięków porwał się duet Da Internz, który odpowiada za produkcję kawałka, a przede wszystkim za jego niepokojąco brzmiące tło. Otóż kiedy panowie nagrywali dla Kimbry jej utwory, piosenkarka poprosiła o zarejestrowanie melodii, która kołacze jej się w głowie. Kimbra miała nadzieję, że przerobi to kiedyś na piosenkę, ale Da Internz połknęli te dźwięki na surowo. I tak oto charakterystyczne zawodzące chórki, które nadają piosence niepowtarzalnego charakteru to głos Kimbry. Jak widzicie w tym przypadku powiedzieć: „Made to Love” Johna Legenda było by niezwykle krzywdzące dla wkładu pozostałych osób (także wielu niewymienionych w poście) maczających w utworze swoje cholernie utalentowane paluchy.

Idąc za ciosem przesłuchałam całą płytę, na której znajduje się „Made to Love”, ale pozostałe kawałki to typowe balladowe r’n’b, które nie przypadło mi do gustu.

Poniżej teledysk, rokoszujcie się 🙂


Reklamy

Sztuczne kwiatki, czyli „Obietnica Łucji” kocim okiem

Powieść Doroty Gąsiorowskiej zapowiadała się bardzo tendencyjnie i już zanim sięgnęłam po „Obietnicę Łucji” oczami wyobraźni widziałam historię kobiety z Wielkiego Miasta, która ucieka na wieś przed demonami przeszłości. Niezliczoną ilość razy mieliśmy już okazję przyglądać się bohaterkom dziarsko przemierzającym wiejskie drogi w szpilkach. Mimo to miałam nadzieję, że Dorota Gąsiorowska podejdzie do tematu z nowym, świeżym spojrzeniem. To było moje pierwsze rozczarowanie.

„Obietnica Łucji” to zgrabnie napisana, opasła powieść obyczajowa. Tytułowa bohaterka po rozwodzie ucieka na wieś zostawiając za sobą luksusy dostatniego życia w mieście. Jedzie w nieznane uczyć historii w szkole w Różanym Gaju. Niestety jednego nie udało jej się zostawić za sobą – swojego dzieciństwa, z którym będzie się rozliczać na kolejnych kartach powieści. Z pomocą przyjdą jej sztuczni, niczym wycięci z papieru bohaterowie. Otóż w Różanym Gaju nie brakuje dobrych duszyczek, niemalże aniołów, dla których nawet nazwanie kogoś „pajacem” jest bluźnierstwem. A może są to krasnoludki pracujące kiedy Łucja śpi, bowiem znojów wiejskiego życia nie miała okazji poznać. Znajdziemy tutaj także negatywne postacie iskrzące się jaskrawymi barwami, wredne w każdym calu zaczynając od niebotycznych szpilek, a na pomarańczowych kosmykach kończąc. Ich życiem rządzi przypadek i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, które odgrywają istotną rolę szczególnie w życiu Łucji, bowiem bez nich bohaterka przez ponad 400 stron powieści piłaby herbatę i podziwiała ptaki.Uczyłaby także historii, co po wieloletniej przerwie przyszło jej z dnia na dzień z tak dużą łatwością, że możemy tylko pozazdrościć jej geniuszu.

Stronice „Obietnicy Łucji” pochłania się w ekspresowym tempie dzięki lekkości i poprawności przesłodzonego języka. Taki styl szczególnie przeszkadza w dialogach, sprawiając, że bohaterowie wypowiadają się niczym na lekcji języka polskiego. Powieść może urzec swoją łzawą i uroczą historią, ale brakuje jej charakteru. Pomimo licznych figli, które los płata bohaterom i włączeniu do powieści tajemniczego dworu nieżyjącego już rodu Kreiwetsów, „Obietnica Łucji” nie zaskoczyła mnie absolutnie niczym.